• Migaloona

O zdrowiu

Zaktualizowano: 29 cze 2021

Bądź tym, kim jesteś. Jak zerwać z nałogiem bycia sobą? Odżywianie dla zdrowia. Głodówka i post. Dawna mądrość na nowe czasy. Dziennik cwaniaczka.

To tytuły książek, które leżą blisko. Gdzieś tu, na obszarze pokoju, w którym jestem.


Materia. Duchowość. Cisza. Krzyk. Być. Mieć. Oddychać. Wstrzymać oddech. Czytać. Słuchać. Odpuścić. Wejść w pustkę. Porzucić wszystko, co się wie. Zauważać światło. Obserwować cień. Aktywnie działać. Pasywnie ufać. Aktywnie ufać. Ufać życiu. Zawsze.


Słyszę sen mojego synka. On śpi, a ja mogę pisać w ciszy. Ciszy, która jest obecna w wymiarze, który odbieram. Od podwórka oddzielają mnie ściany i okna. Przez okno widzę bujające się drzewa. Dziś wieje. Dziś świeci słońce, a na niebieskim niebie płyną białe chmury.


Jest początek marca. Wszystko się budzi. Sikorki bardzo liczebne w tym roku uwijają się między parapetami. Doskonałe w swojej postaci ptaszki. Tuż za szybą okna postawiłam tej jesieni dla nich spory karmnik i dzięki temu mogę obserwować je z bliska. Jest to bardzo przyjemne. To taki rodzaj bodźca, który powoduje powstanie we mnie ciepłych emocji. Uśmiechu. Ulgi. Uradowania. Fascynacji. Podziwu. Radości z życia. Pokory wobec tego stanu. Docenienia go.


Dziś wiatr huśta wszystkim na wszystkie strony. Dzięki temu w domu na ścianach i podłodze pląsają światło i cienie. To też jest bardzo przyjemne. Ten dźwięk wiatru za oknem. Świadomość, że on jest tam, a ja jestem tu. Na wygodnej kanapie, z ciepłą herbatą tuż obok. Ściany są białe, a teraz dzięki owym pląsom aż świecą. Ich biel jest tak jasna, że miejscami chyba nawet osiąga szczyt opcji swojej jasności. Niezwykłe, co światło potrafi zrobić z rzeczywistością. Jak potrafi odmienić materię. Jak ono wpływa na wszystko. Światło. To dzięki niemu miedziany dzbanuszek teraz migocze. Żonkile zaś wydobyły się z pączków.


Zdałam sobie sprawę, że uwielbiam światło. Nawet wówczas, gdy obnaża kurz na abażurze lampy. W tym świetle widać wyraźnie zabrudzenia. Plamy. Nieporadne ruchy szmatką, które zostawiły po sobie ślad.


Mój synek się obudził. Ziewa. Rozciąga się. Jego małe rączki znów aktywnie eksplorują nasz mały świat. Spociła mu się główka. Wstał i położył się ponownie. Jakby niepewny, czy oby na pewno chce się obudzić.


Jest coś tak rozczulającego dla mnie w jego małej postaci. Bycie Mamą.


To była dla mnie duża niespodzianka w tym życiu. Jako dziewczynka bawiłam się wózkiem. Jako nastolatka z przyjaciółką spisałam nawet listę imion, które mi się podobają ”dla moich dzieci”. Nie stały jednak za tym prawdziwe przeczucia, jakiś rodzaj świadomości. Macierzyństwo okazało się dla mnie szokiem. Bardzo głęboką wodą. Gdy dotarłam do informacji o tym, że to my sami wybieramy sobie rodziców, doznałam wstrząsu. Zmieniło to kompletnie moje postrzeganie mnie samej, ale także moich dzieci. Poczułam gigantyczną pokorę. I ciężar. Wiedziałam przecież, jak bardzo byłam sama wkurzona na moich rodziców.


Jak ich nie zawieść? Jak sprostać potrzebom moich dzieci? Jak sprawić, aby świat, który im stworzę był najlepszy z możliwych? Wrzuciłam tryb ”power on” i przez dekadę jechałam po bandzie. Wydawało mi się, że jestem w stanie ich chronić. Wydawało mi się, że jestem w stanie robić zawsze więcej, mądrzej. Że przeskoczę każdy płot. Bojkotowałam wiedzę starszych.


Przykładowa scena. Jest 2014 rok, styczeń. Nasza trójeczka kaszle. Po kolei każdemu coś się dzieje. Pediatra diagnozuje zapalenie oskrzeli. Dodaje komentarz „oby się Wam udało przejść przez to bez szpitala”. Totalnie mnie tym uruchamia. Lekarka rzuca na odchodne też hasło „Pani Edyto, musi się Pani przyzwyczaić, dzieci chorują.”. Nie odpowiadam, uśmiecham się tylko głupawo, wewnętrznie przeżywając coś w rodzaju wybuchu wulkanu. Zamykam drzwi. Całe moje jestestwo wypowiedziało wojnę hasłu lekarki. Postanawiam, że moje dzieci NIE BĘDĄ CHOROWAĆ. Chorowanie dzieci kojarzy mi się z cierpieniem. Ich, moim. Z brakiem snu, ich moim. Nie śpię już kilka lat. Nie śpię w kategoriach zwykłego snu, który trwa całą noc. Zmęczenie tak bardzo dominuje nade mną, że wpadam w panikę, gdy pojawia się nawet katar. Wizja kataru u trójki maluchów mnie wówczas przerasta.


Dziś wiem, że choroby dzieci budziły we mnie sprytnie ukryty lęk. Wyparty strach o życie osoby bliskiej. Moja Mama zmarła na raka, to zostawiło we mnie ślad mocniejszy, niż mi się wydawało.

Mijają lata. Dzieci rosną. Faktycznie, zdarza się im chorować. Mimo tego, że niby ”robię wszystko”. Gdyż. Idąc za ciosem, jak Ksena ogarniająca władanie mieczem, ja ogarniam suplementy, hasło odporność na Allegro, wszelkie rozszerzenia od „immuno…”. Wpadam w obsesję zdrowego odżywiania się. Kupuję żywność tylko eko, bio. Zainteresowałam się ziołami, homeopatią. Poszłam w tak zwaną medycynę alternatywną. Choroba mojej Mamy zbyt dobrze pokazała mi, jak bardzo błądzi medycyna konwencjonalna. Zdrowie stało się moim konikiem. Szukanie nowinek, szukanie starych metod, szukanie sprawdzonych receptur, szukanie wiedzy, szukanie przyczyn. Szukanie źródła.

Pytanie „skąd się biorą choroby’ drążyło we mnie dziurę. Szukałam odpowiedzi. Spotykałam uzdrowicieli, medyków, ludzi z powołaniem, ludzi, którzy się pomylili, ludzi z niesamowitą intuicją, ludzi o bardzo bogatym doświadczeniu, ludzi o imponującej wiedzy, ludzi leczących za pół darmo, ludzi leczących za wielkie pieniądze, ludzi w skromnych gabinetach, ludzi skupionych na zysku, ludzi skupionych na człowieku, ludzi skupionych na objawach, aż wreszcie dotarłam do ludzi poświęcających uwagę praprzyczynie. To było jak objawienie.


Praprzyczyna.

Z czego się składamy?


Nasze ciało jest zbiorem atomów.


Jak funkcjonują atomy we wszechświecie?


Reagują na siebie. Reakcje to naturalny proces, w którym i poprzez który istniejemy.


Zaczęłam obserwować dzieci inaczej.


W mojej głowie swoją robotę wykonywała też inna sentencja, usłyszana u medyka.


To stare chińskie przysłowie: „Gdy dziecko choruje, spójrz na matkę”.


Kiedyś to zdanie zwyczajnie mnie zmiotło. Poczułam wielką odpowiedzialność. Poczułam wręcz przymus ”żeby ze mną wszystko było OK, bo jak nawalę, to bekną za to oni”. Miałam też gigantyczne poczucie winy. Pogubiłam się w tym wszystkim. Zamiast zdrowia, doznawałam kompletnej rozsypki. Życie stało się infekcją. Ja byłam infekcją. Mój stan generował stan moich dzieci.


Udźwignij to.


Mocowałam się. To było coś, jakby codzienne chodzenie po wodę 10 km od domu. Brałam te wiaderka na ramiona i szłam przez pola, lasy, pustynie i inne chaszcze. Bez względu na pogodę. Szłam i ambitnie nie uznawałam ronienia łez, ani owej wody. Nawet nie wiem kiedy, zaczęłam się garbić. Zaczęłam być bardzo oderwana od siebie. To nie byłam ja. Stałam się awatarem. Moje ciało wykonywało polecenia, które kompletnie nie miały nic wspólnego ze szczęściem i miłością. A jednocześnie za takie je postrzegałam. Wydawało mi się, że robię to wszystko z miłości i dla szczęścia. Źródłem jednak tak naprawdę był lęk. Strach zjadał mnie. Potem dołączył smutek. W międzyczasie wstyd. Cała ekipa turbo emocji, które sprzątają ten świat bardzo skutecznie.


Ok. Praprzyczyna.


Kiedy zaczęłam wchodzić w inny rodzaj uważności, moja świadomość poszerzyła swoją dziurkę od klucza. Choroba stała się informacją. Komunikacją. Reakcją.

Z czasem przyjacielem, ale nie takim od kradzieży koni, a tym, który przychodzi, aby pomóc w zmianie, o którą woła moja prawda.


Moje ciało się ze mną komunikuje. Czyż to nie fascynujące? Że nasze ciało potrafi coś w sobie włączyć lub wyłączyć? Emocje krążą jak fala energii, ta fala powoduje reakcje. Czasem jest to dreszcz. Czasem jest to ból brzucha.


W ubiegłym tygodniu moja córka dostała plam na całym ciele. Nie była to wysypka, a plamy właśnie. Wędrujące po całym ciele zaczerwienienia. Jej skóra zmieniała się, tak jak teraz zmienia się ten kawałek nieba, na który patrzę. Jeszcze przed chwilą widziałam grupę chmur, a teraz jest pusta niebieskość. W ten sam sposób plamy krążyły po ciele mojej córki. Pojawiały się, zwiększały, zmniejszały, bledły, znikały. W danym miejscu coś było i zaraz tego nie było. Skóra wydalała coś. Skóra jest naszym największym organem. Idealną powierzchnią. Do komunikacji ze światem zewnętrznym.


Obejrzałam ostatnio serial „The innocents”. Celowo zwróciłam na niego uwagę, bo poruszał tematykę przeistaczania się. Młoda bohaterka miała niezwykłą zdolność przeistaczania swojego ciała w ciało innej osoby. Atomy jej ciała mutowały się w atomy ciała kogoś, kto był tuż obok. Jej trigerem był stan lęku. To strach uruchamiał w niej zmianę. Wpadając w panikę, lęk - uciekała w inne ciało. Ciekawe prawda?


Skoro skóra na ciele mojej córki potrafiła się zmieniać tak po prostu, może nasze ciało potrafi się też przeistaczać na większą skalę? Za zmianą na skórze u Kai stała przyczyna w postaci jakiegoś wirusa lub zwyczajna potrzeba wydalenia toksyny. Niemniej jednak. Ta przyczyna spowodowała zmianę. Ciało przeistoczyło swoją postać. Choroba zakomunikowała coś. Choroba uwolniła coś.


Moje poszukiwania prawdy trwają. Właściwie poszukuję i nie poszukuję jednocześnie. Zauważam, że prawda też często odnajduje mnie sama. Wówczas wystarczy, że siebie zauważymy.

E. Tolle napisał takie bardzo piękne słowa, nie pamiętam dokładnie ich treści, ale sens wypowiedzi wybrzmiewał mniej więcej tak: „Oświecenie nie polega na umiejętności długiego siedzenia w jednej pozycji z zamkniętymi oczami. Oświecenie można rozpoznać po tym, jak reagujemy na sytuację kryzysową, w działaniu”.

Dziś to przysłowie o patrzeniu na matkę, gdy dziecko choruje postrzegam zupełnie inaczej. Na matkę wręcz trzeba patrzeć. Dzieci, a szczególnie te małe, są jej przedłużeniem energetycznym, ona zaś ich korzeniem, ładowarką. Sama wzięłam się za siebie, bo zależy mi na tym, abym była mocnym korzeniem, fantastyczną łodygą, przepięknym kwiatem. I co więcej wyprowadziłam się ze swojej doniczki. Co prawda, fizycznie jeszcze nie zasadziłam siebie nigdzie na otwartej glebie, ale ale. Proces się zaczął nieodwracalnie. I mam świadomość jak kluczowe jest to dla moich dzieci. Odczarowuję też więzi z przodkami. Kłaniam się im. Wreszcie nie czuję się jak niepasujący puzzel w moim rodzie. Widzę, jak to wszystko działa na dzieci. Co ciekawe, od kiedy siebie uzdrawiam, to one mniej chorują.


Źródła chorób często leżą w emocjach pobunkrowanych w ciele. Nasze organizmy są jak mapy z tym, co czuliśmy, co przeżyliśmy. Pamiętam jak grono lekarzy dumało nad moją mamą, dziwiąc się, że ma tak zaawansowanego raka płuc. Bo przecież nigdy nie paliła. A płuca są o smutku, o niewyrażonej, nieuwolnionej rozpaczy. Moja mama od kiedy pamiętam była smutna, rozdrażniona, zawsze przepracowana i spięta. Urodziła mnie rok po śmierci jej pierworodnego synka. Mariusz miał osiem lat, zginął nagle, w wypadku. Ja miałam być plastrem na stratę. A widać, takiej straty jednak niczym się zakleić nie da. Właśnie tak fundujemy sobie choroby. Siłujemy się ze swoimi uczuciami. Robimy coś dla innych. Żyjemy pod czyjeś dyktando. Zagłuszamy siebie.


Nasze ciało to też woda. A ta skubana pamięta wszystko. To ważne jaką wodą jesteśmy. Co i jak pijemy. W czym się zanurzamy. Czym podlewamy nasz ogród. Woda to temat rzeka, który chętnie poruszę innym razem.


Na zdrowie ;)



Aloha Amigos.

Edyta






#zdrowie #choroba #macierzyństwo #oświecenie #rozwój #świadomość #śmierć #życie #dzieci #rodzicielstwo #rodzice #pokora #zaufanie #błądzenie


12 wyświetleń

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie