• Migaloona

Ostatni dzień lutego

Zaktualizowano: 29 cze 2021

Dziś ostatni dzień lutego w 2021 roku. Krótki to miesiąc, a jakże wystarczający. Zimowy, ale już zwiastujący wiosnę.

Obdarował nas kilka dni temu ciepłem, do którego tęskniłam. Trawa ukazała się, ptaki zaczęły inaczej śpiewać, na niebie pojawiły się ich klucze. Ziemia zasysa resztki śniegu. Obudziły się pszczoły. Kilka much zaczęło latać po naszym poddaszu. Niebieskość nieba sprawia, że uśmiecham się patrząc w dachowe okno.

Akurat zdarzyła się także pełnia księżycowa. Wszystko jakoś tak działa takim swoim rytmem. Razem. Spójnie.


Nasze poddasze od strony północnej ma niewielkie okna, przez które patrzę na drogę tutejszej wsi: asfalt, na jego poboczu drzewa: jarzębina, modrzew, czarny bez i inne.

To taka Droga przecinająca wieś. Po jej jednej stronie płynęła kiedyś rzeczka. Już wyschła, nie udźwignęła śmieci, szamb i ścieków. Kiedyś żyły w niej nawet raki…


Po tym asfalcie codziennie idą ludzie. Obserwuję ich mimochodem, gdy zmywam. Droga ta też prowadzi do miejscowego sklepu spożywczego. To taki zwykły spożywczak w domu prywatnym, prowadzony przez rodzinę. Wszyscy się tu znają. W sklepie mówią sobie po imieniu. Pod sklepem jest ławeczka, takie miejsce spotkań.


Widuję prawie codziennie Pana Stacha idącego z wnukiem za rękę. Lubię ten widok. Słyszałam, że nie był zbyt dobrym ojcem. Tak sobie wyobrażam, że teraz, jest może fajnym dziadkiem. Jego wnuczek ma kilka latek, nie ma taty. Często się kręci przy dziadku. Życie.


Widuję często Pana gibiącego się na mocno zużytym Wigry 3. Pan ten ma śniade ubarwienie twarzy niezależnie od pory roku. Odnoszę wrażenie, że więcej pije niż je. Ewidentnie też ma niezwykłą odporność. Pomyka na tym rowerku do sklepu bez względu na pogodę. Twardziel taki. Zmotywowany.


Widuję małżeństwo z córkami. Młodzi, mają dwie fajne dziewczynki, z niedużą różnicą wieku. Czasem jeżdżą na rolkach. Mówimy sobie dzień dobry, ale nic poza tym.


Widuję ciotkę mojego męża. Zawsze się śpieszy do sklepu. Idzie niby chodząc, a jednak jakby w podskokach. Przed nią jest ona sama, a za nią jej torba.


Widuję ludzi w maskach. Idących samotnie w masce. Zawsze mnie to zdumiewa. Ta cała zabawa z maseczkami nieźle namieszała ludziom w głowach. Pamiętam, jak w styczniu 2020 lecieliśmy do Meksyku i na lotnisku w Niemczech pierwszy raz widziałam kogoś w masce. Była to Azjatka, stałam za nią w kolejce. Podeszli do niej panowie w uniformach i zapytali o maskę. Zapytali ją "Czy wie Pani o tym, że takie maski nic nie dają?".


Widuję Pana Józka. To starszy pan. Chodzi powoli. Takim krokiem, który mówi o tym, że nie za bardzo o siebie dbał w tym życiu. Pan Józek żyje samotnie. Do sklepu też zawsze idzie sam. Kupuje niewiele. Zawsze ma przy sobie małą reklamówkę. Ubiera się na szaro.


Widuję sporo ojców pijących ukradkiem. Idą z dziećmi. Niosąc zakupy, myślą, że ich nikt nie widzi. Wychylają duszkiem małpkę. Zagryzają czymś, co teoretycznie tuszuje zapach. Wracają do domostw, jak gdyby nigdy nic.


Widuję Mateusza. To chłopak z grubą historią. Życie mocno go doświadcza. Mama nie żyje. Ojciec pije. Mateusz kiedyś był największym urwisem we wsi. Aż wydarzył się wypadek. Od tamtej pory jeździ na wózku. Jest już dorosłym mężczyzną. Kiedyś miał super wózek, traf chciał, że pewnego dnia jakaś ciężarówka cofała się pod sklepem i nie zauważyła go. Mateuszowi nic się nie stało, ale jego pojazd przestał nadawać się do użytkowania. Kierowca od odpowiedzialności się wykręcił. Nie było też nikogo, kto by o Mateusza zawalczył. Skończyło się to tym, że do dziś jeździ na najtańszym wózku, napędzanym siłą rąk. Dłonie Mateusza są powykręcane, ale dają radę. Mateusz wita się ze mną mówiąc "Siema", co bardzo lubię.


Widuję matki odprowadzające brzdące do żłobka, który znajduje się blisko sklepu. Gdy idą na "9tą" przeważnie popędzają siebie i dzieci. Gdy wracają po "14tej" ich krok jest już spokojny. Przodem idą przeważnie dzieci.


Taka ta nasza wioska. Psy szczekają. Kosiarki koszą. Jest też remiza. Wiadomix.




9 wyświetleń

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie