• Migaloona

Osadzona Matka

Zaktualizowano: 1 lip 2021

#macierzynstwo


Od ponad dekady jestem Mamą. Całe to moje macierzyństwo jest zaskakujące. Przyszło do mnie wiele doświadczeń, za którymi w kolejkach nie stałam. Objawiło się sporo lęków. Uaktywniła moc lokomotywy. Były momenty, że nikt i nic nie było w stanie mnie powstrzymać. Przeważnie funkcjonowałam jako lwica i kwoka, nigdy kukułka. Były też takie wydarzenia, które zmieniały mnie w skuloną kuropatwę.


Byłam ostatnio na pięknym, kobiecym wyjeździe. Pojechałam tam odpocząć, pobyć z kobietami, nauczyć się czegoś. Kilka z nas przyjechało z dziećmi. Bycie tam w pozycji obserwatorki wiele mi dało. Czarno na białym zobaczyłam jak to jest, jak to może być, być osadzoną matką.


Dzieci to wiatr w żaglach, nie kotwica.

U mnie pojawienie się dziecka kompletnie sparaliżowało moją mobilność. Wydawało mi się, że nic nie mogę. Sama narzuciłam sobie ograniczenia. Wydawało mi się, że tak trzeba. Tak jest dobrze dla dziecka. Byłam cała dla niego. A potem dla nich.


Po latach już zakumałam, jak wielka to była pułapka, ale jednak totalnie w zdumieniu patrzyłam teraz na te kobiety, które prowadziły warsztaty z dziećmi przy piersi. Łał. Można. I nawet nie tylko można. To wręcz nikogo nie krzywdzi. Patrzyłam na te matki z podziwem. Ich spokój owocował spokojem dziecka. Oczywiście niemowlęta mają swoje potrzeby, to nie lalki, ale gdy któreś z maleństw sygnalizowało takową, zawsze znalazły się jakieś ramiona, które tę potrzebę zaspakajały.


Siostrzeństwo. Jakże to jest genialne zjawisko. Kobieta kobiecie - siostrą, wsparciem. Tak, nie być samą. Zawsze mieć świadomość, że ktoś obok zauważy, że jestem w chwilowej opresji, że może akurat teraz lepiej, żeby to ktoś inny pobujał niemowlę. Moc ciszy. Moc zaufania. Moc braku słów i czytania siebie nawzajem. Matki przecież wiedzą. Matki tak wiele czują. Matki, co to przeszły swoje.


Pamiętam jak wchodząc w macierzyństwo chciałam być turbo naturo eko bio do przodu. Kupiłam wielorazowe pieluszki. Kupiłam chustę. I inne cuda wianki. Na łożysku chcieliśmy zasadzić dla syna jego drzewo. Przy porodzie planowałam przygaszone światła. Wzięłam też ze sobą wyselekcjonowaną muzykę.


Życie przyniosło inny scenariusz. Moje ciało zamknęło się w szpitalu. Personel na nasze pomysły reagował słabo, a mnie to sparaliżowało. Punkt po punkcie wykreślano mi moje potrzeby z listy. Weszłam tam jako zdrowa kobieta, a wyszłam złamana w pół. Procedury szpitalne zmiażdżyły nas. Nie umieliśmy się postawić. Nagle byliśmy tak bezsilni. Finalnie doprowadziło to do pełnej narkozy, cesarki. Dla mnie to był gwałt.


I teraz, na warsztatach poznaję pielęgniarkę. Jej praca od wielu lat kręci się właśnie w okół cesarek. Opowiada, że czasem na jednym dyżurze uczestniczy w ponad dziesięciu zabiegach, jak w beznamiętnej fabryce, wśród znieczulonych robotów. Sama jest mamą dwójki dzieci. Pierwsze urodziła w szpitalu, drugie w domu. Wreszcie mogłam porozmawiać z kimś, kto tak dobrze zrozumiał moją historię. Nie musiałam nawet za wiele tłumaczyć. Ona bardzo dobrze zna te porodówkowe dramaty. Według jej doświadczeń, to prawda, że szpitale cesarki często traktują jako taśmę, dodatkowy punkt w tabeli z budżetem. Panuje bardzo sprzeczny mit o tym, że cesarki "mniej bolą". Wręcz przeciwnie. Ich konsekwencje nasze ciała przetrawiają znacznie dłużej. A dla dziecka to temat na całe życie.


I jeszcze raz: Dzieci to wiatr w żaglach, nie kotwica.

Patrzę na kobiety, u których dzieci są tym wiatrem. Poznaję wielodzietne matki. Jak one to robią? Piątka dzieci, szóstka dzieci. A one jak boginie. Jedna z nich przyjechała na spotkanie z kilkutygodniowym synkiem. Dżizas, ja to w połogu za sukces uważałam fakt, że weszłam pod 15 minutowy prysznic. A ona jak gdyby nigdy nic, tak niesamowicie osadzona w sobie, swojej wiedzy, doświadczeniu, jako zupełnie ogarnięta prelegentka opowiadała nam o tajnikach częstotliwości olejków i o fizyce kwantowej. I oczywiście nie chcę tu nic upraszczać, bo każda z nas ma swoje cienie i blaski. Ale dla mnie w tym widoku było coś, za czym tak bardzo tęskniłam. Ten wiatr.

I dalej. Patrzę, a w jej wózku, a jakże, wielorazowa pieluszka. Mało tego, jej synek ma kilka tygodni, a ona już go wysadza na siusianie na trawkę. Boże, czyli to wszystko jest możliwe. Czyli to nie tylko treści w książkach. Tak, można żyć. Przypominam sobie siebie biegającą z nocnikiem za moimi dziećmi. Jaka to ulga, że te wszystkie pieluchy już za mną. Wyrzuciliśmy do Matki Ziemi chyba kilka tysięcy pampersów. Nie umiałam inaczej. Dopiero teraz wydaje mi się, że byłabym w stanie robić to wszystko w zgodzie ze sobą. Tak naprawdę.


Teraz, gdy biorę niemowlę na ręce jestem pewna siebie. Umiem odczytywać jego potrzeby. Rozumiem płacz dzieci. Dosłownie. Stworzył się we mnie mechanizm, jakaś taka maszynka tłumacząca to, co one nam przez te wszystkie ryki, szlochy i inne kwilenia chcą przekazać.


Słucham historii o domowych porodach. Bywają różne. Przyglądam się kobietom. Podziwiam je.


Osadzona Matka, ta przewodniczka.

Jest coś takiego w intuicji, że sprytna bestia wie co i jak. Jak osteopatka mknę przez niuanse pozatykanych nosów. Wiem, że nie wiem. Czuję, że wiem. Jak góralka, która patrząc na szczyty, czytam pogodę mojej codzienności. Czy ten grad, który spadł na ogród, to byłam ja? Przecież ja wiotka, jak trzcina, skąd we mnie ta moc kombajnu? Podobno wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. Mi ten wątek nie wystarczył. Podróżując po/w swoim ciele dotarłam dalej.


Wyluzuj suty. Luz Maria.

Wiem, jak to brzmi. To hasło mojego kolegi ze studiów. Tak, czy inaczej, często jest na temat. Wiele zależy od tego aby faktycznie nie być tak strasznie spiętą. A spinamy się od takich pierdół, że to nie trudne, by głowa bolała.


Żegnaj Zosiu Samosiu.

Ja moją Zośkę spakowałam i wyeksmitowałam stanowczo za późno. Choć pewnie po prostu zadziało się to wtedy, gdy zwyczajnie miało się to stać, gdy byłam na to gotowa. W każdym razie, skubana wpada czasem na obiad nieproszona, ale te jej wizyty są już coraz krótsze.


Bierz z przeszłości ogień, nie popioły.

To jest takie tiruriru bez pokrycia. Cóż za bzdura. Przecież to nasze popioły mają w sobie moc. Te wszystkie nasze lekcje, gleby, upadki, trudy i znoje, głupoty, błędy. One są częścią naszej ścieżki. Ich negacja to strzał w kolano. Nie ma co się biczować. Na pewno warto uzdrowić traumy. Bardzo wiele daje wyjście ze szkodliwych przekonań. Pozbycie się czarnych chmur, które nami zawiadują. Nasze babki używały popiołów do prania. I coś w tym jest. Taki popiół genialnie nadaje się do czyszczenia tego, co nam już nie służy.




Ta mała galeria przedstawia niezwykłe kobiety: Karolinę, Magdę, Paulinę, Agnieszkę i Małgorzatę oraz maluszki: Alicję, Wincenta i Łucję.


105 wyświetleń

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

O zdrowiu