• Migaloona

Gdy kręcimy się tak prędko



Nasze ośmioletnie córki zaczęły ostatnio mówić, że jak będą dorosłe to...

Dostrzegam ich zmianę w postrzeganiu czasu. Zauważam moment, w którym dziecko wpada w wir przyszłości.

'Teraz' staje się mniej ważne.

Nie zaspokaja nas.

Gdyż nie umiemy zaspokoić powstających już deficytów.

Zaczynamy więc czekać na przyszłość.

Tę, która nas nakarmi, coś zmieni, poprawi, wreszcie da to i tamto, sprawi, że my będziemy inni i gdzie indziej.


Nasz trzylatek zaś wszystko co już się wydarzyło w jakiejś tam +- bliskiej przeszłości odhacza mianem "wczoraj". Obojętnie co. Jeśli już było, on to zapamiętuje jako wczoraj.

Nie ma to znaczenia, czy było to tydzień temu, kilka godzin wcześniej, ileś tam dni do tyłu. Dla trzylatka czas jest bardzo względny.

Jutro to temat rzeka. Jutro może oznaczać bardzo bliską lub bardzo odległą przyszłość. Trzylatek żyje teraz. To teraz jest bardzo kluczowe. Teraz znaczy wszystko. Teraz trwa wieczność. Trwa zawsze. Gdy staram sobie przypomnieć, jak to było u mnie. Robię eksperyment.

Zaczynam biec dookoła ogniska. Ruszam z miejsca wyjścia.

Zaczynając od chwili gdy się urodziłam. Jak wtedy odbierałam czas? Idę bardzo powoli. To bardziej spacer. Czuję, jak czas dosłownie się ciągnie, jak długaśna plastelina. Jeden rok trwa wieczność. Jakby bardzo długa noc. A potem krótkie przebudzenia. I znów długie noce. Dobiegam do drugiego roku życia, a mam wrażenie, jakbym żyła tak dłuuugo.


Przemieszczam się pomiędzy kropkami. Dzień. Drugi dzień. Trzeci dzień. Noc. Dzień. Noc. Dzień. Noc. Ciepło. Zimno. Idę dalej, moje tempo wzrasta, ale stopniowo. Trzeci rok, czwarty, piąty. Biegnę coraz szybciej. Zauważam, że czas wówczas jest dla mnie bardzo rozległym wymiarem. Wszystko trwa bardzo długo.

Przyszłość postrzegam w kategoriach bardzo odległych, wręcz niepojętych czasów. Czterdziestolatkowie to dla mnie starcy. Fakt, że motyl żyje "krótko" wydaje mi się banalnie nieistotny. Coś co ma być "za rok" nie ma dla mnie sensu. Stwierdzenie, że ktoś wraca za dwa tygodnie zupełnie mnie nie uspokaja. Jako kilkuletnie dziecko żyję dziś, ale zaczynam czekać. Coraz więcej myślę o tym, co będzie. Widząc niemowlę, myślę jak długo już jestem duża.


Mój bieg wokół ogniska jest coraz szybszy. Zaczynam przeskakiwać dni, tygodnie, coraz szybciej pędzę. Miesiące mi się zlewają. Biegnę coraz szybciej. Czekam wręcz na jutro i pojutrze, albo lepiej, w każdy poniedziałek chcę, żeby już był piątek. Jako nastolatka planuję ile będę mieć dzieci i jaki dom. Przyszłość wydaje mi się czymś, co mnie zaspokoi. W czym znajdę swój dom, a na blacie w kuchni będę mieć zawsze banany. Będę wreszcie mogła sama sobą rządzić. Decydować, o której chcę iść spać. Będę mieć psa i kota. I nikt mi już niczego nie będzie mógł zabronić.


Czas studiów to już linia czasu zlewająca się w pasma kolorów, bez pojedynczych kropek. Wszystko jak w wirówce. Lata dwudzieste to migawki, spirale przewijające się jak smugi. Pęd. Dostrzegam, że czas jest bardzo dziwny. Jestem niby dorosła. Założenia nastolatki wcale się nie kleją. Niby mogę wszystko. A nadal jakby niewiele. Czuję się staro. A jednocześnie wciąż jak szczeniak. Dużo pętli czasu. Kołowrotki.


Wbiegając w lata trzydzieste mam tempo, które w porównaniu do lat wczesnego dzieciństwa jest XXXXX razy szybsze, wszystko wydaje się pędzić. Gdy biegnę, świat obok mnie jest wręcz rozmyty. Całe lata mi się zlewają. Rozróżniam je dzięki datom urodzin dzieci. Dzięki projektom z pracy. Dzięki datom wzięcia kredytu. Wtedy kupiliśmy auto. Wtedy poleciałam tam i tam. Wtedy trzeba było wymienić okno balkonowe. Ciało zaczyna boleć. Dużo dużo dużo. Dużo wszelkiego "nie wyrabiam się". Dużo "spotkamy się innym razem". Dużo "nie ogarniam już". Dużo "doba powinna mieć conajmniej 36 godzin". Dużo "dopiero co się obudziłam, a już jest noc". Dużo "padam na twarz". Dużo "nie mam szans się z tym wyrobić, mam tylko jedną parę rąk, powinnam się sklonować". Dużo "ok, to odpocznę w następnym miesiącu". Okazuje się, że dzięki ubezpieczeniu zdrowotnemu dużo "zaoszczędziłam". Latam po lekarzach. Ciało krzyczy. Dalej biegnę.


38 lat. Czwórka dzieci. Mąż. Praca. Mieszkanie. Składki na ZUS. Dwa koty, w tym jeden rasowy. Żyję scenariuszem życia, które teoretycznie powinno zadowolić audytorium. Pauza. Sprzedajemy wszystko i wyprowadzamy się. Kończę pracę dla korporacji. Pauza. Ogłaszają pandemię. Pauza. Żyjemy z tego, co nam zostało.

Dobiegam do czterdziestki. W tym roku w grudniu mam urodziny. Zatrzymuję się. Co widzę. Że jestem kilka miesięcy przed urodzinami? Niestety. Tak naprawdę, ja już je dawno przebiegłam. Moje tempo życia wyprzedziło czas.


Śpiesz się powoli. Dziś rozumiem, co ktoś miał na myśli. Śpiesząc się zaginamy czas. Co ciekawe, biec można wcale się nie śpiesząc.

Postanowiłam wrócić do siebie. Na swoje miejsce w rytmie mojego czasu. Mieć czterdzieste urodziny w dokładnie idealnym dla mnie momencie.


Wracam do siebie.





30 wyświetleń

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Obfitość