• Migaloona

Dieta, czyli co jadałam, jadam, jadać może będę

Zaktualizowano: 11 cze 2021

Urodziłam się w rodzinie, w której jadło się prosto, skromnie, często raczej mało smacznie. Bardziej posiłki kręciły się wokół tego „by się najeść”, „odhaczyć to”, niż „by się odżywić”, „by się dopieścić”.


Jako dziecko czułam wiele deficytów takiej kuchni. Marzyłam o słodkościach, marzyłam o tym, by kiedyś „tak się nasycić czymś, co uwielbiam”. Stworzył się wówczas ten niedosyt we mnie. Pragnienie, że kiedyś „jak będę dorosła, to…będę mieć zawsze na ladzie w kuchni banany”.


Jadało się u nas zazwyczaj trzy razy dziennie. Zwyczajowo zaczynaliśmy dzień od śniadań. Tu na stół wpadały przeważnie jajka, jakieś kanapki. Moja Mama wędliny robiła sama, przeważnie były to pasztety, kaszanki. Nie były normą. Na kanapki mieliśmy z reguły sałatę, pomidora, margarynę, domowy dżem, czasem miód, rzadko ser żółty, czasem szaloną mortadelę. Obiadem były zupa lub drugie danie. Konfiguracja ich połączeń zdarzała się od święta. Drugie danie to były przede wszystkim gotowane ziemniaki oraz dodatki: zsiadłe mleko, kotlety mielone z surówką, jajka sadzone, ogórki kiszone, buraczki, czasem coś z kurczaka, pojawiały się też drobiowe serduszka, wątróbki, różne cebulowe wariacje. Ziemniaki były i są czymś w rodzaju świętości dla mojego Taty. On potrafi je rozpoznawać po ich smaku i konsystencji, zna się na ich odmianach. Kluczowe dla niego było zawsze to, jak są one ugotowane, czy w odpowiedni sposób po ugotowaniu zgniecione. Pure nie wchodziło nigdy w grę. Ostatnim posiłkiem dnia była kolacja, która czasem była smażonym plackiem, czasem chlebem z masłem. Takie tam coś, wrzucone na ząb.


Ciasta, słodkości pojawiały się u nas głównie z jakiejś okazji. I dużo przy tym było ram „że coś jest dla gości”. Stąd też te moje nienasycone pragnienia…


Gdy miałam napady na słodkie, razem z siostrami ratowałyśmy się rodzynkami i koglem moglem.

Z dzieciństwa pamiętam też taki głód za czymś, co „jest ze sklepu”. Rodzice uparcie w domu karmili nas jedzeniem z naszej działki, przywozili jedzenie ze wsi. Ja marzyłam o jogurcie w kartoniku, o napoju w plastikowej butelce. Miałam dość „mleka prosto od krowy”, ono dla mnie śmierdziało. Miałam przesyt domowych kompotów, wzdychałam do coca coli, sprite’a, mirandy.

Objawieniem były dla mnie nowe smaki, które poznawałam w czasie szkolnych wycieczek. Odwiedziny w McDonaldzie to było coś! Pamiętam, jak stałam przed tymi tablicami z menu i wybierałam to, co najbardziej się opłacało. Te ich frytki, szejki, hamburgery. To były tak kompletnie niesamowite doznania.


Moi rodzice mieli na wsi sad porzeczkowy. I te porzeczki zawsze były takie obfite. Musiałam je zbierać w każde wakacje. Następnie trzeba było je przebierać, myć, przygotowywać do obróbki termicznej. I potem te słoiki. Cała piwnica w porzeczce. Schodziłam na dół i do wyboru były dżemy porzeczkowe, soki porzeczkowe, wszędzie porzeczka, porzeczka, porzeczka.


W naszej lodówce zaś często najwięcej było światła. To taki żart. No, ale prawdziwie mało zabawny. Wiele lat było to dla mnie trudne. Często byłam głodna. Nie lubiłam mięsa, galarety, tłuszczów. Nie przepadałam za domowymi posiłkami. Przede wszystkim chyba dlatego, że tak mało było w nich tego, co sprawiało mi przyjemność.

Efektem tego pierwszego etapu życia było to, że w moich latach dwudziestych wpadłam w szał wynagradzania sobie braków. Wreszcie mogłam sama decydować o tym, kiedy i jak dużo jem. Jadłam kompulsywnie. Jedzenie było substytutem: bliskości, miłości, szczęścia.

Wchodząc do marketów czułam radość. Ale. Wciąż istniał jakiś brak w związku z tym, że miałam ograniczone finanse. Oszczędzanie spowodowało, że kupowałam żywność słabej jakości. Liczyły się dla mnie promocje, akcje w stylu „kup 2, a 3 dostaniesz gratis”. Wybory więc często były kompletnie oderwane od moich prawdziwych potrzeb. Kupowałam, z uwagi na okazję.


Tak oto w lata trzydzieste weszłam z ciałem, które już nie było zdrowe.

A że akurat zbiegło się to także z moimi ciążami…I byłam odpowiedzialna za dodatkowe życie. Zaczęłam czuć potrzebę dbania o to, co jem. Musiało zacząć bić we mnie dodatkowe serce, abym znalazła powód do przyjrzenia się sobie coraz bardziej świadomie.


Ciąże też przyniosły nudności. Moje ciało samo się oczyszczało. W moim odczuciu panuje bardzo błędny pogląd na to, czym są ciążowe nudności. W każdej z moich ciąż mój węch się wyostrzał, czułam o jakieś 60% więcej. Miałam wrażenie, że zaczynam odczuwać jedzenie poprzez węch głównie. Miałam też wrażenie, że to dziecko/dzieci wskazywały mi czego potrzebują. To była prosta komunikacja, „Serio, naprawdę chciałaś zjeść tę kanapkę? Fru. Do klozetu”. Najwięcej wymiotowałam w trzeciej ciąży. Tymon dawał czadu.


Moja dieta ograniczyła się do bardzo prostych dań. Składających się często z dwóch składników. Buraki + ziemniaki. Ogórek + kasza. Zupa jarzynowa postna. Jabłko. Pół pomidora. Bardzo, bardzo prosto. Nic smażonego nie wchodziło w grę. Proste, ciepłe posiłki. Ziołowe herbaty. Nic słodkiego. Faktem było to, że w ciąży dbałam o pożywienie zawsze najintensywniej. Przychodziło mi to znacznie łatwiej.


Weszłam w zupełnie nowy etap odżywiania się. W eko, bio.

Jakość produktów zaczęła być dla mnie kluczowa. Terroryzowałam tym siebie i moje otoczenie. „Zwykłe” jedzenie było dla niedoinformowanych. Ja byłam taka poinformowana, że tylko ja wiedziałam, co jest najlepsze. Na pierwsze urodziny mojego pierworodnego upiekłam mu „krowi placek”. Tak można było nazwać to, co wyszło. Z mąki kasztanowej, bez jajek, bez laktozy, bez glutenu, bez cukru. Tort, którego zdjęcia nie mamy, gdyż, nie wyglądał dobrze. Szłam za mocnymi hasłami, nowymi nurtami. „Jesteś tym, co jesz”. Wegetarianizm, weganizm. „Diety bez…”. „Ja tego jeść nie mogę”. „Ja tego nie jem”. Diety, które miały naprawiać moje życie. Mnie.


Moje lata trzydzieste to okres intensywnego macierzyństwa. A zatem też karmienia dzieci. Gdy sama zaczęłam być gospodynią, kobietą w kuchni, wpadłam w wiele pułapek. Najróżniejszych: „Żeby dziecko zjadło cokolwiek”, „żeby było najedzone”.


Ja bardzo lubię gotować i przychodzi mi to lekko. Sęk w tym, że sztuka zadowalania wieloosobowej rodziny stała się dla mnie właściwie bardziej napinająca, niż uskrzydlająca. Każde moje dziecko lubi jeść inaczej i co innego. Przeważnie więc proces przygotowania posiłków zajmuje mi naprawdę wiele czasu. I często mimo starań, kombinacji, stawania na głowie, efekt bywa różny. Co za tym idzie, zaczęliśmy wyrzucać coraz to więcej jedzenia. Bo marnowało się. I na nic były eko bio cuda wianki. Dzieci miały swoje wybory. Najczęściej pełne glutenu, laktozy, cukru. Ja nie chciałam im fundować stołu pt. „jeśli nie zjesz do końca, nie możesz wstać”. Odpuszczałam. Zbyt żywe były we mnie wspomnienia z dzieciństwa.


Tak oto zatoczyło się koło. Wciąż jednak jedzenie było dla mnie po prostu jedzeniem.


A ja. Dojrzałam do wdzięczności wobec rodziców. Do kuchni Mamy i Taty. Do warzyw z ich działki. Do wsi. Do ziemi. Do porzeczki. Dziś marzę o własnych rabatkach. O chodzeniu boso po kawałku ziemi, która będzie mnie czytać i będzie mnie odżywiać swoimi darami.


Jak jeść? Czy i co jeść? Jak żyć jedząc? Nie wpaść w deficyty, w zajadanie, w zabawę z wagą, w zabawę z lustrem?


Żyję obecnie w owocowym raju. Na Jukatanie. Miesiąc temu postanowiłam przejść detoks. Sama nie wiedziałam na co się piszę. Wyszło to ”przypadkiem”. Pomysł wydawał mi się niedorzeczny. Jak to nie jeść, nie pić. Przecież pocę się, potrzebuję wody. Przecież jak mam gotować dla dzieci. Przecież karmię piersią. Itd itp.


Otóż wraz z oczyszczeniem jelit przyszło wiele oczyszczenia we mnie. Sprawy, których się domyślałam, wyszły na powierzchnię. Miałam twarde dowody. Na to. Że jakikolwiek rozwój życia, bez zauważania tego, co się dzieje w ciele, nie ma sensu. Ciało to ja. Co w duchu, to w ciele. Prawdziwym lustrem dla mnie jestem właśnie ja. Moje ciało, pełne programów z całego życia. Zaczęło się pierwszy raz w życiu świadomie uzdrawiać.


Bardzo polubiłam lewatywy. Każda z nich jest dla mnie quasi medytacją. Oczyszczanie traktuję symbolicznie. Żegnam na zawsze to, co odpływa. Odsyłam to do źródła. Spokój przy lewatywie ma też kluczową rolę dla jej spójnego przebiegu. Nie da się wykonać lewatywy dobrze, gdy jest się spiętym.


Detoks polega na piciu soków. Świeżych soków owocowych. I o eureko, nie jest to wcale tak trudne. Z założenia proces ten powinien trwać 12 dni. Ja mój detoks przechodziłam wraz z mężem. I pod opieką Nuliny, specjalistki w tym temacie. Ich wsparcie i obecność były bardzo ważne. Pierwsze dni to picie soku w ilości 1,5 litra. Trzy razy dziennie, za każdym razem po 0,5 litra. Do tego medytacje. Również kluczowe.

Do tego praktyki oddechowe. Te postrzegam jako wręcz konieczne, bardzo wzmacniają. Nauka oddechów była dla mnie w tym detoksie odkrywcza. Za tą kurtyną kryje się znacznie więcej.

W ciągu kolejnych dni ilość soku należało zmniejszać, aż do dnia, w którym do wypicia była jedna szklanka, a następnie nic.

DryFast - czyli nic nie jesz, nic nie pijesz. Mój dryfast trwał 20 godzin. W trakcie niego mój stan określiłabym mianem głębokiej relaksacji, świat zaczynał być jakby za szkłem. Owszem czułam się osłabiona. Ale przede wszystkim towarzyszyła mi euforia. Stan miłości. Moje ciało nigdy nie czuło się lepiej. Chodziłam wówczas do tutejszej curandery, meksykańskiej uzdrowicielki. Ona miała w swoim gabinecie taką wagę, która sprawdzała również parametry ciała. Mój wiek urządzenie to oceniło na lat osiemnaście. Tak zadziałał detoks. Moje 38-letnie ciało wymłodniało o 20 lat!

Tąpnęło mną.

Nigdy wcześniej tak się nie czułam.

Moje ciało mówiło do mnie od dawna.

Ja go nie słyszałam. Nie dostrzegałam. Nie rozumiałam.

Nie czułam. Mojego ciała.

Detoks przedłużyłam. Samowolnie.


Zrozumiałam, że każdy nadprogramowy kilogram, każdy pryszcz, każda zmarszczka, każde coś tam na moim ciele - to są wszystko emocje, doświadczenia życiowe, programy, w które wpadałam.


Gdy odtruwasz ciało, uwalniasz je z tego wszystkiego. I u mnie nie było to łatwe. Bo przez lata przykrywałam jedzeniem wiele emocji, wiele najróżniejszych doświadczeń, całą masę programów. Odkryłam, że jadłam już od bardzo dawna bardzo kompulsywnie. Odkryłam, jak złość popycha mnie do kuchni, że muszę wtedy coś zjeść. Odkryłam, jak smutek popycha mnie ku słodkiemu, że potrzebuję wtedy siebie tym dopieścić. Odkryłam, że „czegoś brak” zajadam czymś smacznym, to działa na zasadzie rekompensaty. Odkryłam, że te wszystkie moje deficyty dzieciństwa, tak naprawdę nigdy nie dotyczyły pustej lodówki. Ona była tylko symbolem. Moje deficyty dotyczyły bliskości, miłości. To o nich marzyłam. A nie o bananach i zupie pieczarkowej.


Czym jest więc jedzenie? Dlaczego jemy? Po co nam kilometry jelit w ciele? Dlaczego gdy się rodzimy, tak instynktownie szukamy piersi matki?


Te pytania drążą mi dziury w głowie.


Nulina nie je i prawie nie pije. Ja póki co, nie umiem funkcjonować bez jedzenia i picia. Natomiast dostrzegam gigantyczną różnicę między odżywaniem siebie, a przejadaniem się, jedzeniem dla jedzenia. I tak oto na talerz wrzucam teraz głównie RAW FOOD. I nie stoi za tym wielka dieta cud. Chodzi o to, że chcę odżywiać moje ciało żywą energią, a taką mają w sobie surowe owoce i warzywa.

Dwa dni temu eksperymentalnie zjadłam pizzę. Była to dla mnie wielka frajda. Smakowała wspaniale. Znów dopieszczałam się ulubionym czymś. Ta radość z jedzenia jest faktycznie bardzo przyjemna, lubię jeść z innymi, biesiadować. To ma w sobie swój czar. Wspólne bycie przy stole. Niemniej jednak. Odczułam olbrzymią różnicę w ciele po tym, jak zjadłam tę pizzę. Energia siadła mi, jakbym wrzuciła do plecaka tonowy kamień. Moje ciało zajęło się trawieniem. Energia poszła w żołądek, jelita. A co ciało otrzymało z tego? Mąkę? Ser? Przypieczone pomidory? Czy naprawdę chciałam właśnie tym odżywić swoje ciało? Co tak naprawdę stało za tą pizzą? Łakomstwo? Deficyty dzieciństwa? Jakiś lęk?

Nazwałam to spotkanie z pizzą, pożegnaniem pożerania. Nie rzucam deklaracji, że już nigdy jej nie zjem. Podejmuję się natomiast takiego czegoś: że dbam o siebie, że daję sobie to, co będzie dmuchać w moje skrzydła, bo uwielbiam czuć się lekko, zdrowo. To jest nadzwyczajnie przyjemny stan. Być silną. Mocno stać na ziemi. I jednocześnie. Unosić się. Czując w sobie szczęście. Czując meritum. Czując swoją prawdę. Słysząc swoje ciało.


Nasze ciała przyjmują bardzo wiele. Każdy nasz smutek. Jest w nich. Każda nasza rana, jest w nich. Każda, bez wyjątku. Jedzenie zaś, jego: obecność, brak, jakość, ilość, to wszystko są narzędzia. Którymi traktujemy nasze ciała w obliczu danego doświadczenia.

Jeśli rozwijamy się duchowo. Jeśli praktykujemy ceremonie, zaliczamy jeden warsztat za drugim. To wszystko będzie działać o niebo dla nas trafniej, jeśli dołączymy do tych działań świadomość ciała. Jednoczesność. Ciała i ducha.

Nie bez powodu powstała medycyna germańska. Nie bez powodu prastara medycyna chińska traktuje człowieka holistycznie.


Idąc krok dalej. Za tym, co przekazuje Nulina, czyli stwierdzeniu, że jedzenie jest kolejnym programem. Pytam się siebie. Czy jeśli z lekkością odpuszczę kiedyś ten program. Czy wówczas. Przetnę ostatnią nić? Mnie?


Tymczasem, na spokojnie. Obdarowuję się owocami, warzywami. Odkrywam je na nowo.


ps. Załączam tu moją recenzję napisaną tuż po Detoksie z Nuliną:

#12 dzień Detox
Nie planowałam tego detoxu. Nawet nie przypuszczałam, że mogę się go podjąć. Przyszedł jako niespodzianka. Nagle.
Choć dziś wiem, ze to wcale nagle nie było. Ja czuję, ze szykowałam się na to już od dawna.
To typowa taktyka dla mnie. Prowadzę siebie w różne praktyki, „przez przypadek”.
Detox mnie zdumiewał od samego początku. Mój umysł i „logika” na różne sposoby próbowały podważać ten proces.
Kluczem dla mnie była świadomość, ze robię to dla siebie, dla mojego uwolnienia. To spowodowało, ze przeszkody przestały mieć znaczenie.
Dzień po dniu nie tylko „dawałam radę”, ale tez odkrywałam siebie. Ta praca tak wiele mi pokazała. Przede wszystkim zrozumiałam, ze moje ciało jest moim zwierciadłem, symboliką mojego życia. Do tej pory chociażby odrobaczanie robiłam zawsze jedynie mechanicznie - łykałam zioła i uważałam, ze to załatwia sprawę. Tym razem, każda lewatywa była medytacją, co więcej. Każda lewatywa następowała po wcześniejszym uwolnieniu programu/ów. A zatem to, co puszczało, puszczało zarówno w duchu, jak i ciele.
Mój dryfast bez planowania wydarzył się miedzy wtorkiem a środą, trwał 20h. I znów. Było to po coś. Gdyż w tym niezwykłym stanie. Przy środowej medytacji doświadczyłam czegoś w rodzaju ceremonii. Słowa Nuliny były kluczami, które pootwierały moje szufladki. Weszłam w głęboki stan miłości. Wypiłam wtedy trochę wody kokosowej. Wszystko po to. By po 2 godzinach ją zwrócić. Osłabłam. Doznałam zimnych dreszczy. Omdlenia, bycia za szybą. I tam głęboko poczułam mój bardzo silny program z męskością w tym życiu. Wiele pogardy, nieufności, udowadniania ich słabości. Poszło wiele łez.
I wtedy właśnie wtuliłam się w mojego męża. Uzdrowiłam ten element naszej relacji. Tego wieczoru wyszedł ze mnie rekordowy pasożyt. Nazwałam go gwałcicielem. Kto wie, skąd przyszło mi to słowo. Może z jakiegoś innego życia? Tak, czy inaczej. Dopiero po tym akcie, ciało chciało się napić. Wypiłam dwie szklanki wody.
Noc była trudna. Było mi zimno. Rano byłam bardzo słaba. Nie podjęłam dryfastu. Podarowałam sobie masaż z misami, moja curandera ogrzała tez kluczowe punkty na ciele moksą. To było takie matczyne otulenie. Ciepło zaczęło wracać do mojego ciała. Moje ciało jest w super formie. Czuję witalność. Szczęście.
Jestem z siebie bardzo dumna.
Dziękuję za to doświadczenie.
13 wyświetleń

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

O zdrowiu